wtorek, 15 maja 2018

Bo bywa jedna chwila która życie zmienia



Nie porzucaj beztrosko swego zamyślenia
nad codziennych przypadków celowością skrytą
bo bywa jedna chwila która życie zmienia

niespodzianie zupełnie doznajesz olśnienia
znajdujesz tajemnicę w twoją pamięć wrytą
nie porzucaj beztrosko swego zamyślenia

nie narzekaj na twórcę twojego cierpienia
że stworzył cię do bólu  a nie sybarytą
bo bywa jedna chwila która życie zmienia

i w bólu uszlachetnia pośród rozżalenia
potrafi mu przypisać wagę należytą                          
nie porzucaj beztrosko swego zamyślenia

wtedy kiedy niepewność twojego istnienia
czyni twą duszę pustą i sensu niesytą
a przecież jedna chwila która życie zmienia

może cię uratować od bólu zwątpienia
przydać życiu twojemu radość niespożytą
nie porzucaj beztrosko swego zamyślenia

podejmij już od dzisiaj wyzwanie tworzenia
nie bądź istotą małą i tchórzem podszytą
nie porzucaj beztrosko swego zamyślenia
bo bywa jedna chwila która życie zmienia


Korowód Świętych




Świat czarno biały a na nim anioły
razem z wronami na lipie skulone
skrzydło przy skrzydle bo gdy anioł goły
nawet piekielne ciepło weźmie wronie

świat rozdzielony na dwoje rozdarty
z tej strony szaro jasność z drugiej strony
idzie prababcia kijkiem płoszy czarty
dla niej co zima czart ma postać wrony

ojca znajduję jak przez rzekę brodzi
z domu ucieka nieświadomy drogi
skręcone członki w bólu babcia chodzi
jak rosochaty konar końca drogi

jasnym obłokiem płyną myśli mamy
zwijają bóle w muśnięcia bandaży
jeszcze głos brata pozostaje z nami
jakby niepewny co mu się przydarzy

na brzegach świata przycupły anioły
stróże po ludziach których już tu nie ma
niepewne losu bo gdy anioł goły
każda go grypa do ziemi przyziemia

i tylko wrony niezmienne od zawsze
jak czarne myśli po głowie się snują
wuj Jan je tylko jak gołębie głaszcze
wszystko co żywe swym życiem szanując

ja także życie nad wszystko wywyższam
gdy coraz bliższy mego życia koniec
i nawet wrony kocham gdy się ziszcza
gdy po jesiennym snują się zagonie

Prawdziwy koniec lata




modern jazz quartet wibruje powietrze
ostatnie śliwki postrącały sroki
słońce nad wodą bierze wdech głęboki
dym z pajęczyną tańczy w rytm na wietrze

zbieram ziarenka w czas upakowane
słowa i zdjęcia zapomnień obrazy
łączę je z sobą w poplątane frazy
kończące lato jeszcze nie nazwane

coś się ostanie jak węgielny kamień
z słów zapomnianych które jednak były          
na lata przyszłe na nowe staranie

o całość marzeń o kompletność życia
coś co ukradkiem da nam kiedyś siły
na resztę drogi która do przebycia

Miłość starych ludzi



Starymi ludźmi gardzi miłość
zbrużdżeni czasem pokrzywieni
nie patrzy w oczy ich nagości
zszarzałej jak odłogi ziemi

ich pomarszczenie ją zawstydza
a wielkie brzuchy martwe łona
z miłością rymu nie śmią stworzyć
bo z pięknem się kojarzy ona

przed ciżbą słów się w tłumie chowa
ludzkie języki ważąc w sobie
też coś miłości pełna głowa
lepiej pomyśleć im o grobie

a jednak Julia i Romeo
tak niedzisiejsi w swoich ciałach
wciąż młodzi w myślach pożądaniach
oszukiwanych w swych annałach

znajdują swoje uniesienia
i wspominają dawne maje
młodości boskich chwil szukają
w orgazmach których już nie mają

starczy rozsądek im dyktuje
ostatnie gesty pożądania
dłoń w dłoni miękko odnajduje
odcienie drżenia zapomnienia

samotni pośród młodych krzewów
kobiet i mężczyzn słów miłości
szepczą wciąż słowa takie same
jakby im czasu nie ubyło
jakby nic z nimi się nie stało
choć wokół wszystko się zmieniło

Romanca




W zieleni która wciąż ze mnie
łąką wrześniową wypływa
tajemną postać kobiety
przed wzrokiem obcym ukrywam
nicią żółknącą zapięta
w myśli tajemnych osnowy
rośnie klimatem jesiennym
w błyszczącym srebrze mej głowy
pląta taborem cygańskim
drogi po których biegałem
romanca zwiewna istota
imię swej ciszy jej dałem

wiatraków bezradny łopot
mej głowy tuli do siebie
bez zbroi czym też jest mężnym
bez zbroi jestem w potrzebie
więc pokazuje mi jasne
na łąkach ślady zajęcze
trzepot bezradny kuropatw
pierwsze miłości młodzieńcze
niesie przed oczy łagodność
w koszyczku z pisklęciem małym
w igliwie sosen ubrana
w zapach włożona  nieśmiały

ma wszystkie przymioty ewy
starą poezją jest jeszcze
w ciszach wieczorom zabranych
myślami o niej ją pieszczę
czasami biegnie nad stawy
gdzie w trawach tańczą satyry
swoje kopytne sprośności
owiane w antyczne mirry
pod suknią zwiewną tajemne
skrywa księżyca podchody
jej piękno wraz z pożądaniem
marzeń wiszące ogrody


spełnij ach spełnij romanco
moje ukryte marzenia
spowite w szal twój cygański
nieśmiałe me uniesienia
daj mi romanco swobodę
myślenia ponad wodami
w przestworzu stwarzać mi pozwól
świat mój zszywany gwiazdami
bym mógł w nim lecieć i lecieć
ponad codzienność ciążącą
pisać w obłoku me myśli
czasem pokrywać kojącym


Psalm Pięćdziesiąty Piąty. Boże wysłuchaj modlitw, próśb mych nie odrzucaj

Biblia Tysiąclecia: Skarga na wrogów Jan Kochanowski: Obrońca uciśnionych, Boże litościwy Księga Psalmów Dzisiejszych:  Boże wysłuchaj m...