niedziela, 18 marca 2018

Namiestnik i prawda


Tajne służby mówiły mu więcej,
niż wiedzieli Żydzi, a i tak nie znał wszystkich faktów.
Czyż mógł więc znać - w jej złożoności - prawdę,
która nie jest ich sumą, mogąc być różnicą a nawet potęgą.
„Kochaj bliźniego swego” - donosili z półuśmieszkiem szpiedzy,
„nadstaw drugi policzek”! Czyż taki facet mógł być groźny dla cesarza?
Jeszcze kazał oddawać co cesarskie?

Zresztą co kogo obchodzi, co to jest prawda.
Tylko niezrównoważonych psychicznie i świętych.
Ludzie nie lubią odmieńców. Jeszcze jak ich nakarmią,
wyleczą, powiedzą dobre słowo, ale gdy żądają!?

Czy będąc świadomym własnej nieświadomości,
mógł potraktować poważnie kogoś, kto przyszedł,
by dać świadectwo prawdzie?
Kiedy odmieniał znaczenie wersów i świata,
mówili, że bluźni, że ma inaczej w głowie.

„A więc jesteś królem?” – zapytał.
Odpowiedział mu: tak jestem królem.
Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat,
aby dać świadectwo prawdzie. Każdy kto jest z prawdy,
słucha mojego głosu.”
„Cóż to jest prawda? - zapytał znowu
to powiedziawszy wyszedł powtórnie do zgromadzonych
i rzekł do nich: ja nie znajduję w Nim żadnej winy” (J. 37-38).

W wolnej chwili znowu się zamyślił. Czymże jest prawda?
Przecież prawdziwe jest to, co jest na tym świecie,
a jego królestwo panuje wyłącznie w jego głowie.
On jest całym dowodem na tę jego prawdę,
a to za mało.

Czy prawdę przenosi z człowieka na człowieka
słowo jedynie, a może potrzebny jest czyn
który ja potwierdzi? A te tłumy?
I duchy przodków szepcące nocami
sen Prokuli męczący: „nie miej nic do czynienia z tym Sprawiedliwym”
Jak? Przecież Herod mi go zwróci z tą jego prawdą.
Zabiję ją? Czy można zabić prawdę, zabijając człowieka?

Dam tłumowi wybór:  może wybiorą dobro, wybierając zło,
wybiorą prawdę, wybierając nieprawdę.

Wybrali zło, wybierając dobro.
Wybrali nieprawdę, wybierając prawdę.
Wybrali dobro, wybierając zło.
Wybrali prawdę, wybierając nieprawdę

Po latach wciąż wybieram na nowo,
pytam bez zdziwienia,
jak Piłat.

Cóż to jest prawda?


Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. Rzekł do Niego Piłat: Cóż to jest prawda? To powiedziawszy wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: Ja nie znajduję w Nim żadnej winy(J. 37-38)

Pytający o prawdę są od niej na wyciągnięcie dłoni
czasami dzieli ich tylko jedno słowo
skinienie głowy uniesienie brwi

kiedy oczekują szczegółowego
zdefiniowania
nie dostrzegają
że ma wymiar człowieka

gdy pyta ludzka pycha
prawda nie ma nic do powiedzenia
ubierze ją w lśniący płaszcz na pośmiewisko
pokaże gawiedzi
wyszydzi
a głupi śmiać się będą
z prawdy
z siebie samych
ich chichot pobrzmiewa przez wieki

prawda jest w nas dlatego
nienawidzimy tych którzy jej szukają
bo otwierają nasze serca
grzebią nam w żołądku
trepanują czaszkę
patrzą głęboko w oczy

to takie osobiste


Wielkości niemierzalne


                                                       
Są takie pary wielkości, których nie można
zmierzyć jednocześnie z dowolną dokładnością.
Heisenberg – Zasada nieoznaczoności

Coś się zmieniło we mnie.
Chyba kiedyś byłem bardziej dociekliwy,
jak ten biskup, który wciąż patrzył w ziemię i szukał
kluczy świętego Piotra. Odkrywałem małe tajemnice,
wierząc, że poprzez nie sięgam istoty bytu.

Przechodnie obok, niezauważenie przemijali,
jak naładowane dobytkiem furmanki, wracające od żniw.
Za kolegów miałem wioskowych ikarów,
próbujących ulecieć, popatrzeć na świat z wysoka.
Widzieć! Rozumieć!

Dzisiaj patrzę w obłoki, nie marząc o lataniu.
Skonstatowałem, że polna krowa,
przeżuwająca rzeczywistość,
stoi bliżej tajemnicy, na swojej łące, po kolana
w wiosennej nierzeczywistości, niż ja,
poszukiwacz sprzeczności.

Po przejrzeniu grud ziemi, którą zdeptałem,
okazało się, że rzeczywistość jest
nie do oznaczenia. Im bardziej precyzyjnie chciałem
znaleźć i dociekliwiej wpatrywałem się pod stopy,
tym bardziej to, czego szukałem,
było trudniejsze do znalezienia.

Dziś, kiedy biorę do ręki tajemnicę,
ta staje się jasna jak ewangeliczny kaganek.
I kiedy mój wzrok słabnie, wiara jest
silniejsza i wiem, że mam w dłoni szkiełko
na moje oko.


sobota, 17 marca 2018

Ja, Piłat

Byłem przeciwko.
W zimie przeciwko zimie, w kościele
przeciwko Kościołowi, w domu
przeciw domowi z całą jego wiarą
i tradycją. 
Idąc po nizinie, chciałem wchodzić na szczyty,
brnąc przez piach, marzyłem o falach morza,
patrząc w słońce, uciekałem do jaskini.
Szukałem bez przewodnika.
Błądziłem.
Nie dopuszczałem rad i krytyki
do przemądrzałej młodości,
która wiedziała lepiej.
Oskarżanie, sądzenie
i wydawanie wyroków
uważałem za swoje prawo i powinność.
Najpierw skazałem rodziców.
Nie zasługiwali na łagodny wyrok.
Jak wielu innych, w przyszłości.
Bo łagodność to słabość.
Potem po wielokroć wydawałem wyroki,
skazujące, odsądzające od czci i wiary.
Nie wiem, dlaczego skazałem Jezusa,
zwanego Galilejczykiem. Pewnie splot
okoliczności. Krzyk tłumu. Święty spokój.
Może brak refleksji?
Stało się, że buntownik skazał buntownika.
Skazałem tradycję wyrosłą z buntu, który był pokorą.
Bunt przyobleczony
w purpurowe szaty błazna?
To był trudny proces. Był niewinny,
A ja musiałem go skazać. Chciałem.
Przeszkadzał w swobodnym myśleniu.
W samospełnieniu.
Przed wyrokiem dużo czytałem.
Wydawało mi się, że wiem.
Potem skazałem go na ukrzyżowanie.
Zabijałem go w sobie z premedytacją,
przez kilka lat. Cierpiał. Czasami nocą krzyczał:
Ojcze mój, czemuś mnie opuścił.
Mówili, że mówię przez sen.
Gdy umarł, nie poczułem ulgi.
Potem było już tylko gorzej.
Chodziłem z nim martwym.
Wewnątrz. Wypełniał mnie.
Uciskały jego martwe członki.
Jego dłonie były bólem w moich dłoniach.
Jego stopy uwierały raną przy chodzeniu.
Serce waliło jak przebijane włócznią.
Nie mogłem żyć normalnie, bo on nie żył we mnie.
Nie mogłem normalnie umrzeć, bo on był zmarły.
Umierałem żyjąc.
Pewnego dnia zmartwychwstał.
We mnie. A może ze mnie.
Rankiem. Akurat dłużej spałem 
w niedzielę. Zdziwiłem się, że wstałem
jak nowonarodzony.
Spotykałem go potem.
Pierwszy raz, gdy nie wierzyłem
I kazał mi włożyć palec w ranę.
Cierpiałem. Ale podziałało orzeźwiająco.
Jak poranna kawa.
Drugi raz na drodze do Emaus.
Szedłem po jego śladach.
Przebaczam – powiedział.
Jedno słowo.
Dzisiaj wciąż jest buntownikiem.
Mówi o wszystkim, czego nie chce słuchać
spasłe społeczeństwo.
Kiedy przemawia, skrzętnie spisuję
jego myśli. Wydam je jako poezję.
Potem siadamy przy fontannie
i umywamy dłonie po dniu pracy.
Właściwie to obaj wciąż się buntujemy.
Kiedy znowu krzyczą: Chcemy Barabasza,
jest Mu zwyczajnie przykro,
a ja jestem wkurzony.
Podtrzymuję go wtedy na duchu.
Będzie lepiej, Chryste. Wierz mi – mówię.
Wybaczył mi, że go skazałem i zamordowałem.
Przynajmniej tak powiedział. A nie mam powodu,
by Mu nie wierzyć. Wszak jest Bogiem.
A Bóg jak powie Słowo,
to zaczyna się świat.

W oczekiwaniu



Źle mi jest ze świadomością, że istnieją  chwile
zapełnione zamyśleniami innych, kiedy ja siedzę obok
pogrążony w niemyśleniu.

Ten czas, iedy nie ma we mnie przyszłości,
pełnej dzisiejszych obietnic, ani Boga,
z którym utraciłem poprzez niemyślenie łączność,
jest dla mnie bezsensownym bezczasem.

Martwi mnie także to, że świadomość
takich chwil pojawia się,
kiedy zaczynam myśleć, co jest niewybaczalną
stratą, bo czas, który zaczyna być troszeczkę,
mógłby być bardziej.

Choćby dla podkreślenia swej wagi,
gdy, nie ważąc, ciąży kamieniem przemijania.
Kiedy kładę kamyk na dłoni
i zaciskam na nim palce, czuję puls.
To pewnie moje serce pozdrawia czas,
ale być może to bije serce kamienia.

Może kwarcowe tętnice rozszerzają się miarowo.
dawkując objętość, różnicę pomiędzy
skurczem i rozkurczem.
Ich czas kwarcowo dokładny
wpisuje w asystolię  gasnące nadzieje.
Owca zaplątana w cierń na wzgórzu przeznaczenia,
jestem zastępczym życiem na ofiarę?

Jest zuchwalstwem sądzić, że ma się znaczenie biblijne,
że waży się więcej, niż kamień polny w dłoni,
zamknięty w bezczasie. Jestem bezużyteczny,
jak kamień, bez wyczuwalnego pulsu,
głosu, który mówi.

Obracam się w sobie, zamieniam
miejscami z nieokreśloną bryłką ziemi.
Nie wiem nawet, czy jestem wtedy kamieniem polnym,
porzuconym przy niewidocznej ścieżce czasu,
czy jego kroplą.

Czasami ścieżką przez pustynię przechodzi Ten,
który potrafi ożywić nawet kamień.
Może warto trwać przydrożnym kamieniem,
czekając przez tysiąclecia Tego, Który Przechodzi?


Psalm Pięćdziesiąty Piąty. Boże wysłuchaj modlitw, próśb mych nie odrzucaj

Biblia Tysiąclecia: Skarga na wrogów Jan Kochanowski: Obrońca uciśnionych, Boże litościwy Księga Psalmów Dzisiejszych:  Boże wysłuchaj m...