niedziela, 18 marca 2018

Cóż to jest prawda?


Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu. Rzekł do Niego Piłat: Cóż to jest prawda? To powiedziawszy wyszedł powtórnie do Żydów i rzekł do nich: Ja nie znajduję w Nim żadnej winy(J. 37-38)

Pytający o prawdę są od niej na wyciągnięcie dłoni
czasami dzieli ich tylko jedno słowo
skinienie głowy uniesienie brwi

kiedy oczekują szczegółowego
zdefiniowania
nie dostrzegają
że ma wymiar człowieka

gdy pyta ludzka pycha
prawda nie ma nic do powiedzenia
ubierze ją w lśniący płaszcz na pośmiewisko
pokaże gawiedzi
wyszydzi
a głupi śmiać się będą
z prawdy
z siebie samych
ich chichot pobrzmiewa przez wieki

prawda jest w nas dlatego
nienawidzimy tych którzy jej szukają
bo otwierają nasze serca
grzebią nam w żołądku
trepanują czaszkę
patrzą głęboko w oczy

to takie osobiste


Wielkości niemierzalne


                                                       
Są takie pary wielkości, których nie można
zmierzyć jednocześnie z dowolną dokładnością.
Heisenberg – Zasada nieoznaczoności

Coś się zmieniło we mnie.
Chyba kiedyś byłem bardziej dociekliwy,
jak ten biskup, który wciąż patrzył w ziemię i szukał
kluczy świętego Piotra. Odkrywałem małe tajemnice,
wierząc, że poprzez nie sięgam istoty bytu.

Przechodnie obok, niezauważenie przemijali,
jak naładowane dobytkiem furmanki, wracające od żniw.
Za kolegów miałem wioskowych ikarów,
próbujących ulecieć, popatrzeć na świat z wysoka.
Widzieć! Rozumieć!

Dzisiaj patrzę w obłoki, nie marząc o lataniu.
Skonstatowałem, że polna krowa,
przeżuwająca rzeczywistość,
stoi bliżej tajemnicy, na swojej łące, po kolana
w wiosennej nierzeczywistości, niż ja,
poszukiwacz sprzeczności.

Po przejrzeniu grud ziemi, którą zdeptałem,
okazało się, że rzeczywistość jest
nie do oznaczenia. Im bardziej precyzyjnie chciałem
znaleźć i dociekliwiej wpatrywałem się pod stopy,
tym bardziej to, czego szukałem,
było trudniejsze do znalezienia.

Dziś, kiedy biorę do ręki tajemnicę,
ta staje się jasna jak ewangeliczny kaganek.
I kiedy mój wzrok słabnie, wiara jest
silniejsza i wiem, że mam w dłoni szkiełko
na moje oko.


sobota, 17 marca 2018

Ja, Piłat

Byłem przeciwko.
W zimie przeciwko zimie, w kościele
przeciwko Kościołowi, w domu
przeciw domowi z całą jego wiarą
i tradycją. 
Idąc po nizinie, chciałem wchodzić na szczyty,
brnąc przez piach, marzyłem o falach morza,
patrząc w słońce, uciekałem do jaskini.
Szukałem bez przewodnika.
Błądziłem.
Nie dopuszczałem rad i krytyki
do przemądrzałej młodości,
która wiedziała lepiej.
Oskarżanie, sądzenie
i wydawanie wyroków
uważałem za swoje prawo i powinność.
Najpierw skazałem rodziców.
Nie zasługiwali na łagodny wyrok.
Jak wielu innych, w przyszłości.
Bo łagodność to słabość.
Potem po wielokroć wydawałem wyroki,
skazujące, odsądzające od czci i wiary.
Nie wiem, dlaczego skazałem Jezusa,
zwanego Galilejczykiem. Pewnie splot
okoliczności. Krzyk tłumu. Święty spokój.
Może brak refleksji?
Stało się, że buntownik skazał buntownika.
Skazałem tradycję wyrosłą z buntu, który był pokorą.
Bunt przyobleczony
w purpurowe szaty błazna?
To był trudny proces. Był niewinny,
A ja musiałem go skazać. Chciałem.
Przeszkadzał w swobodnym myśleniu.
W samospełnieniu.
Przed wyrokiem dużo czytałem.
Wydawało mi się, że wiem.
Potem skazałem go na ukrzyżowanie.
Zabijałem go w sobie z premedytacją,
przez kilka lat. Cierpiał. Czasami nocą krzyczał:
Ojcze mój, czemuś mnie opuścił.
Mówili, że mówię przez sen.
Gdy umarł, nie poczułem ulgi.
Potem było już tylko gorzej.
Chodziłem z nim martwym.
Wewnątrz. Wypełniał mnie.
Uciskały jego martwe członki.
Jego dłonie były bólem w moich dłoniach.
Jego stopy uwierały raną przy chodzeniu.
Serce waliło jak przebijane włócznią.
Nie mogłem żyć normalnie, bo on nie żył we mnie.
Nie mogłem normalnie umrzeć, bo on był zmarły.
Umierałem żyjąc.
Pewnego dnia zmartwychwstał.
We mnie. A może ze mnie.
Rankiem. Akurat dłużej spałem 
w niedzielę. Zdziwiłem się, że wstałem
jak nowonarodzony.
Spotykałem go potem.
Pierwszy raz, gdy nie wierzyłem
I kazał mi włożyć palec w ranę.
Cierpiałem. Ale podziałało orzeźwiająco.
Jak poranna kawa.
Drugi raz na drodze do Emaus.
Szedłem po jego śladach.
Przebaczam – powiedział.
Jedno słowo.
Dzisiaj wciąż jest buntownikiem.
Mówi o wszystkim, czego nie chce słuchać
spasłe społeczeństwo.
Kiedy przemawia, skrzętnie spisuję
jego myśli. Wydam je jako poezję.
Potem siadamy przy fontannie
i umywamy dłonie po dniu pracy.
Właściwie to obaj wciąż się buntujemy.
Kiedy znowu krzyczą: Chcemy Barabasza,
jest Mu zwyczajnie przykro,
a ja jestem wkurzony.
Podtrzymuję go wtedy na duchu.
Będzie lepiej, Chryste. Wierz mi – mówię.
Wybaczył mi, że go skazałem i zamordowałem.
Przynajmniej tak powiedział. A nie mam powodu,
by Mu nie wierzyć. Wszak jest Bogiem.
A Bóg jak powie Słowo,
to zaczyna się świat.

W oczekiwaniu



Źle mi jest ze świadomością, że istnieją  chwile
zapełnione zamyśleniami innych, kiedy ja siedzę obok
pogrążony w niemyśleniu.

Ten czas, iedy nie ma we mnie przyszłości,
pełnej dzisiejszych obietnic, ani Boga,
z którym utraciłem poprzez niemyślenie łączność,
jest dla mnie bezsensownym bezczasem.

Martwi mnie także to, że świadomość
takich chwil pojawia się,
kiedy zaczynam myśleć, co jest niewybaczalną
stratą, bo czas, który zaczyna być troszeczkę,
mógłby być bardziej.

Choćby dla podkreślenia swej wagi,
gdy, nie ważąc, ciąży kamieniem przemijania.
Kiedy kładę kamyk na dłoni
i zaciskam na nim palce, czuję puls.
To pewnie moje serce pozdrawia czas,
ale być może to bije serce kamienia.

Może kwarcowe tętnice rozszerzają się miarowo.
dawkując objętość, różnicę pomiędzy
skurczem i rozkurczem.
Ich czas kwarcowo dokładny
wpisuje w asystolię  gasnące nadzieje.
Owca zaplątana w cierń na wzgórzu przeznaczenia,
jestem zastępczym życiem na ofiarę?

Jest zuchwalstwem sądzić, że ma się znaczenie biblijne,
że waży się więcej, niż kamień polny w dłoni,
zamknięty w bezczasie. Jestem bezużyteczny,
jak kamień, bez wyczuwalnego pulsu,
głosu, który mówi.

Obracam się w sobie, zamieniam
miejscami z nieokreśloną bryłką ziemi.
Nie wiem nawet, czy jestem wtedy kamieniem polnym,
porzuconym przy niewidocznej ścieżce czasu,
czy jego kroplą.

Czasami ścieżką przez pustynię przechodzi Ten,
który potrafi ożywić nawet kamień.
Może warto trwać przydrożnym kamieniem,
czekając przez tysiąclecia Tego, Który Przechodzi?


Kamień


Kamień o numerze katalogowym AE 1963, 00104
i wymiarach 82 cm x 65 cm
jest jedynym znaleziskiem archeologicznym
 wzmiankującym namiestnika Piłata.
 
Jest Miasto.

Czytałem o nim długie wersy miłości,
składane, od kiedy wynaleziono pismo,
z liter ostrych jak żydowski los,
piękne i łagodne jak dłonie matki.

To miejsce, w którym spotyka się
za rok, nawet jeśli nigdy się nie spotka.
Leszana haba bJiruszalajim habnuja.
Ja nie miałem kogo spotkać.
Prócz Miasta. I Jezusa.

Moje sederowe życzenie,
którego nie wypowiedziałem,
przywiodło mnie do miasta wyobraźni.

Oślepił mi oczy biały wapień murów,
a prostopadłościany grobów w Dolinie Jozafata
o kosmicznych wymiarach i porządku
dusz czekających przyjścia Mesjasza,
były jak litery zapisane na opartej o Górę Oliwną tablicy,
na której wyznacza się granice życia i śmierci.

Gdy wszedłem do jego wnętrza,
zachwycił mnie regularny rysunek twarzy
domów. Zaświadczał o szlachetności pochodzenia
budowli, które, choć nie pamiętały Chrystusa ani Heroda,
przypisywały sobie kapłański rodowód.

Zamoczyłem dłonie w sadzawce Siloe.
Czerwony pył, jak trądzik, zmyłem z twarzy wodą,
w którą kiedyś spadły kamienie wieży,
zabijając osiemnastu.

Oparty czołem o mur płakałem.
Sprzątający przesłał moje prośby
do Boga Adonai Jahwe sewaot.
Otrzymałem potwierdzenie odbioru.

Miejsce, w którym czekano na śmierć
tak samo ochoczo, jak na zmartwychpowstanie,
było zatłoczone jak wtedy, gdy niósł krzyż,
a Weronika na zawsze odcisnęła Jego twarz
w naszej pamięci.

Jest Miasto.
Na zawsze we mnie
został biały kamień pamięci
z Via Dolorosa.
Uciska mi serce.



Psalm Pięćdziesiąty Piąty. Boże wysłuchaj modlitw, próśb mych nie odrzucaj

Biblia Tysiąclecia: Skarga na wrogów Jan Kochanowski: Obrońca uciśnionych, Boże litościwy Księga Psalmów Dzisiejszych:  Boże wysłuchaj m...