niedziela, 31 marca 2019

Rodzina


obraz ze strony  Josephantley

To
nadeszło niespodzianie
zwykły dzień zwiastun zmiany
wyniki i niepokój
co będzie
Józef okazał się odpowiedzialnym
wzięli ślub i urodziła syna
kochają go oboje i razem wychowują
Maria chodzi do pracy żeby pomóc utrzymać dom
w tym czasie
syn po szkole łazi ulicami
psoci nawet rzuca kamieniami do ptaków
chociaż częściej niż inni lubi usiąść i w zamyśleniu analizować
nawet Maria nie wie co z niego wyrośnie
świat nie jest już taki sam jaki opisano w Księdze
inna woda płynie w Rzece inne liście spadają jesienią
inne wino dojrzewa w kadziach
inne jest rozumienie dobra i zła
Maria chciałaby mieć jeszcze jedno dziecko
jedynakom źle jest w samotności dzieciństwa
ale nie może począć
i nie skutkują modlitwy
ani wizyty u lekarzy
widać będzie matką Jedynego

sporo starszy Józef pracuje od rana do wieczora
w fabryce mebli
ogrom hal i maszyn przytłacza
powtarzalność ruchów kształtuje mu świat
w uproszczone formy
geometryczne

kiedy wraca wieczorem do domu
bawi się z pierworodnym i czyta mu
fragmenty Księgi
nocą tuli Marię
gładzi jej ciało całuje policzki
usypiają w nadziei
odmiany losu

nie oszukują otoczenia ugładzonymi scenkami z życia
nie ma tamtego świata który był na wzór i podobieństwo
nie ma łatwych wzorców do przeniesienia
w życie tu i teraz

wszystko się zmienia
wiedzą
i drżą w obawie
starają się zachować kilka prawd w ich dziewiczej postaci
uczynić niezmiennymi
to matka i ojciec
i ich dziecko
rodzina
Święta

wtorek, 1 stycznia 2019

Warszawski majdan (z jarzynami)


Warszawski majdan (z jarzynami)
na bazie wiersza Jana Brzechwy – Na straganie, w dzień targowy

Na Majdanie mądre głowy
Takie wiodą dziś rozmowy:

Profesorze, pan się oprze,
I oporem cel nasz poprze

Bo inaczej pan upadnie
Na twarz, a to jest nieładnie.

„Cóż się dziwić, mój doktorku,
Stoję zmarzły tu od wtorku!”

A już Środa. Magdalena.
Da nam wsparcie Gang Olsena.

Rzece na to Piąta Klepka:
„Spójrz na Środę - ta jest krzepka!”

Kij po brzuszku Środę klepie:
„Jak tam, Środo? Coraz lepiej?”

Dzięki, dzięki panie Kiju
Jeszcze jakoś mi się żyje

Lecz Platforma – z tą jest gorzej
Blada, chuda, spać nie może,

W różne stroje przebierana,
Od cebuli do banana

To ci feler -
Rockefeller

Odpowiada im sekstyną
Ten co pił już ze Schetyną

Że ma plan on nad planami
Bo się żywi jarzynami

I niedługo go wyjawi
I jak mesjasz Polskę zbawi

Dziś zajada się brukselką
A to daje mu moc wielką

Że nie całkiem to sekstyna?
Taki właśnie jest Schetyna

A to feler
Rockefeller

RAZEM stroni od cebuli,
Choć cebula doń się czuli.

Bądźmy razem, mój czerwony,
Eseldowskiej nie chcesz żony?

Nowoczesna już bez kropki.
Rozpoczęły się wykopki

I kartofel jeden z drugim
Uciekają jak przed pługiem.

Wybieranie nie wybory
Czas im będzie na nieszpory.

 „A to feler” -
Rockefeller.

Znów coś palnął Jaś Fasola:
Gdzie jest ten od żyrandola?

Nowoczesny nie bądź taki
Szczypią go w pośladek raki

Które na salonu tyły
Weszły i się zagubiły.

Widzieliście jaki krewki,
Zachwyciły się krewetki.

Bo Biedronka boża krówka
Miała dla nich dobre słówka.

Ale w rozhoworów gwarze
Przyrządziła je na parze.

„A to feler” -
Rockefeller.

Wszyscy cierpią Zachrypnięci
Już szwankują na pamięci

Jak tu długo stać musimy?
Czyżby do następnej zimy?

Niech rozsądzi nas kapusta.
W trybunale ława pusta.

Więc kapusta z garncem grochu
Prawem dzielą ich po trochu.

Wiedząc, że przez swary głupie
Skończą wszyscy w kaczej
zupie.

A to feler
Rockefeller


środa, 28 listopada 2018

Piwnica


W piwnicy bywały ziemniaki wyciągnięte z kopca
i buraki dla trzody. Choć najczęściej była pusta.
Wejść do niej było trudno, podobnie jak stać
wyprostowanym. Przydatność piwnicy
była niejasna i nigdy jej nie dociekłem,
a Dziadek milczał na jej temat. Może jej zawartością
w wojnę była żydowska matka,
zastrzelona z dzieckiem na ręku przez granatowego
w zaroślach nad Wisłoką, o której mówiła Babcia,
a może jedynie nadmiar cementu, tak nieprawdopodobny
w tamtym czasie, był fundamentem jej wkopania
w ziemię tuż obok drewnianego domu.
Coś tak mało przydatnego, jak ta piwnica w gospodarstwie
gdzie wszystko miało jakiś biedny sens,
wykraczała poza mój horyzont poznania.
Jedyne, co zapamiętałem, a co czyniło moją rzeczywistość
godną poznania,
to bryłka metalu w niej znaleziona, do której przylepiały się
rozsypane gwoździe. To było tak nieprawdopodobne,
że uznałem to za cud dzieciństwa,

Pies łańcuchowy


Pies łańcuchem szarpie świat. Obudź się już świecie!
Zeskrob ropę z oczu złych, zrzuć ciepło pierzyny.
Zza stodoły pełznie strach, świat sobą oplecie.
Trzeba będzie zabić psa, by nań zrzucić winę.

Pies pazurem bruzdę rwie w zimnej skórze świata,
Z głębi trzewi ciecze krew z ropą wymieszana.
Może ulży w bólu mu, choć świat psem pomiata,
I jak psa traktuje go, jak kawał padliny.

Szarp ten świat i kąsaj go, niech ciecze posoka,
Niech trzeźwieje z nocy wzrok, z zamroczenia budzi.
Bo ten alarm po to jest, by ratować ludzi,

Żeby mogli na swój los popatrzeć z wysoka.
Kula świata u twych nóg nierozwagę studzi
Schrypły głos, niepewny los, ulotna opoka.

  

Psalm Pięćdziesiąty Piąty. Boże wysłuchaj modlitw, próśb mych nie odrzucaj

Biblia Tysiąclecia: Skarga na wrogów Jan Kochanowski: Obrońca uciśnionych, Boże litościwy Księga Psalmów Dzisiejszych:  Boże wysłuchaj m...